24.12.15

Wigilia 2015: 4 w 1

[Bo te święta są gorzkie - Harry Potter, nowe pokolenie;
Say something - własne, pojedyncze i zakończone;
Bożonarodzeniowy drób - Percy Jackson, własne postacie;
Karton - Potwory i Spółka, Disney]


Bo te święta są gorzkie
Rose była smutna. Nawet robienie puddingu z babcią Molly nie sprawiało jej radości, nie miała też ochoty na dekorowanie pierników. Pierwszy raz czuła się w tym domu kompletnie wyobcowana, mimo że przecież wszystko było jak zawsze.

W Norze unosił się zapach ciasta, cynamonu i mandarynek. Szczotki i szmatki same latały po każdym z pięter, ścierając i sprzątając wszystko, łącznie z ludźmi. Rozbrzmiewały śmiechy i dźwięki dzwoneczków, które robiły za tło w piosenkach świątecznych, a tu i tam migały swetry – weasleyowskie albo zwyczajne, w renifery. Najbardziej wyróżniała się babcia Molly, która swój niebieski sweter, co go jej kiedyś podarowała Fleur, przywdziała już kilka dni temu.
Hugo unikał roboty, jak tylko mógł. Jeśli się dało, podkradał coś do jedzenia z kuchni, a jeśli się nie dało, próbował dorwać się do prezentów. Zazwyczaj łapała go ciotka Ginny, czasem jednak dawał radę coś podwędzić, bo wujek Harry i tata lubili przymykać oczy, a nawet brać udział w tych przestępstwach, jak je nazywała ciotka, śmiejąc się.
Mężczyźni mieli w domu odpowiadać za dekoracje, ale wiadomo było, że do przyjazdu wujka Percy’ego nic się w tej kwestii nie ruszy, bo nawet Albus nigdy nie wykazywał większego zaangażowania przedświąteczną robotą. Tym bardziej, że „wystarczy tylko kilka machnięć różdżką”. O wiele bardziej zajmujące wydawały się gry w karty i kłótnie, która stacja radiowa powinna grać. Babcia Molly zdecydowanie przegrywała tę bitwę i porzucała pudding za każdym razem, gdy usłyszała z pokoju coś innego niż Celestynę Warbeck albo klasyczne hity świąteczne. Niestety, Hugo lubował się w nowoczesnych przebojach na jeden sezon.
Och, płomień dogasa powoli
Ale dopóki wieczór pozwoli
Będę tu całą noc siedział
Bo co to za święta bez ciebie?
Starszy pan kiedyś powiedział:
Pewnego dnia będziesz w niebie
I sądzę, naprawdę, że ten dzień
Przypada właśnie dziś
Póki jest Grudzień
I póki jesteś ty
W końcu spór przerwał dziadek Artur, przełączając na świąteczny odcinek radiowej telenoweli. Nikt nie był za bardzo zadowolony (poza babcią Molly, która cieszyła się z końca kłótni), ale dziadek nie pozwolił nikomu dotknąć radia.
Lily była szczególnie radosna. Od samego dnia latała jak zgraja nargli, gdzie tylko jej potrzebowano, radośnie śpiewając na całe na gardło.
Och, Gryfonko, Gryfonko
Widziałem cię tego dnia,
gdy wsiadłem do pociągu
I całą przerwę świąteczną
nie oderwę się od tego wspomnienia
Och, ileż bym dał za myślodsiewnię
albo za powrót do szkoły
Byle tylko cię zobaczyć
Och, niech już będzie styczeń
Bo te święta są gorzkie
Bez mojej Gryfonki.
– Lily, zamknij się wreszcie – poprosił Albus, kiedy któryś raz z kolei zaczynała Magiczną składankę świątecznych hitów od nowa.
– Stary, to kompletnie nie moja wina, że nie masz humoru, wyżyj się na Hugo. – Wzruszyła ramionami.
– Ale ja nie mam nic do śpiewania – wzbronił się Albus. – To po prostu kompletnie nie moja wina, że nie masz gustu muzycznego. Stara.
Pokazała mu język.
James pół dnia spędził, pisząc coś tajemniczego. Lily twierdziła, że odpisuje na listy fanek, czemu on stanowczo zaprzeczał, jednak wyglądało na to, że to ona ma rację. Niestety, kilka dziewczyn pewnie nie doczekało się odpisów, bo ciotka Ginny zagoniła Jamesa miotłą (i krzykiem) do sprzątania. Sam Potter Junior twierdził potem, że po tym incydencie zostało mu kilka siniaków.
W wigilię do Nory wracali tylko Ron (bez Hermiony, która zostawała ze swoimi rodzicami), Ginny (z Harry’ym, który swoich rodziców odwiedzał drugiego dnia świąt), Charlie i Percy (z Audrey i dziećmi). Reszta rodzeństwa zjeżdżała się dopiero na uroczyste obchody następnego dnia, co bardzo pasowało babci. Była przekonana, że gdyby George chciał krzątać się przy przygotowaniach, nic by z całych świąt nie wyszło.
Charlie bardzo chętnie pomagał w kuchni, chociaż kucharzem był raczej średnim. Podejrzewano, że w Rumunii zajada się głównie mrożonkami, a w czasie swoich podróży – jedzeniem z puszki. Babcia Molly bardzo ubolewała nad jego stylem życia, ale czego wymagać po człowieku, który trzy czwarte roku spędza, latając po świecie za smokami i mieszkając pod namiotem, a przez pozostałą część jest nieco samotnym facetem, którego najbardziej zajmującą aktywnością jest sprzątanie smoczych odchodów.
Kiedy Percy wparował do domu tuż przed kolacją, gdy Rose z niechęcią kończyła dekorować ciastka, od razu zaszumiało. Nie żeby Percy był teraz jakoś bardziej szanowany niż za czasów szkolnych, po prostu miał dar przekonywania i potrafił dobrze zorganizować mężczyzn. Audrey, Lucy i Molly z chęcią wyręczyły Rose przy lukrze, a ona poczłapała pomóc Albusowi obwiązującemu schody kolorowym łańcuchem choinkowym. Właściwie po prostu usiadła obok niego, patrząc mu na ręce, bo jaka pomoc może być potrzebna przy przeplataniu sznura przez szczebelki.
– Co jest, wiewióra? – zagaił, poprawiając okulary. Normalnie pewnie dostałby po głowie za to określenie, ale tym razem nawet nie podniosła ręki.
– Nie wiem – skłamała. – Smutno mi, nie czuję tych świąt.
Albus westchnął, puścił łańcuch i odwrócił się do niej.
– Raczej nie chodzi o śpiewanie Lily, prawda?
Uniósł brew. Oczywiście, że wiedział. Był jej najlepszym kumplem. Znał ją na wylot i po samej minie mógł się domyślić. Dlatego westchnęła i spojrzała na niego wymownie.
– Co zrobił? – spytał bez ogródek i bez owijania. Znów westchnęła.
– Nic nie zrobił, w tym rzecz – przyznała cicho, nie patrząc mu w oczy.
– Kobieto, weź mi się tu nie rozklejaj, zachowujesz się jak zranione dziewczę z mugolskiej telenoweli – uświadomił ją Albus. – Bierz się w garść, do kupy, idź się umyj i ciesz się świętami, są tylko raz do roku.
Poczuła się, jakby wylał na nią kubeł zimnej wody. Miał przecież rację. Są święta. Co ją obchodziło, co zrobił albo czego nie zrobił jakiś tam Ślizgon? Sama była winna swojemu nastrojowi i sama postanowiła go naprawić. Otarła oczy, poprawiła swój sweter i zakasała rękawy.
– Wiesz co, kretynie? – zagadała, tarmosząc mu włosy. – W końcu masz rację odnośnie czegoś.
I odeszła o wiele radośniejszym krokiem, żeby pomóc Jamesowi w wieszaniu łańcucha nad kominkiem. Co prawda, mógł użyć do tego czarów, ale był zdania, że magia obdziera święta z magii. Kilka razy musiała dostać od Pottera Juniora po głowie, bo, jak to określił, odpływała. W końcu dał za wygraną i kazał jej spadać, bo bardziej nieobecna niż obecna Rose tylko mu przeszkadzała.
Wróciła więc do swojej sypialni, żeby przejrzeć listy, które rano przyniosły sowy. Trzy koperty: jedna zdecydowanie od Laurel (wszędzie rozpoznałaby to pełne ozdobników pismo), druga zaadresowana do „Wrednej Rudej Małpy”, co wskazywało na Rileya, a na trzeciej kobieca ręka wypisała delikatnie imię Albusa. Żadnego z listów nie napisał Scorpius Malfoy.
Nie zdążyła jednak otworzyć ani jednej z kopert, bo ojciec kazał jej zejść na dół. Chętnie dekorowała ze wszystkimi choinkę i zajadała się piernikami, próbując oderwać myśli od poczucia winy. Ale nawet wtedy, gdy zasiedli do kolacji, nie mogła pozbyć się tego ssania w żołądku i nie potrafiła lekko oddychać.
Przeprosiła. Dlaczego był dalej na nią zły? Dlaczego nawet z nią nie porozmawiał? Dlaczego przez cały tydzień jej unikał? Dlaczego zignorował ją, kiedy za nim biegła i dlaczego, dlaczego nawet się nie pożegnał?
 Świadomość, że pozna odpowiedzi na te pytania dopiero w Sylwestra (o ile panicz raczy się pokazać), napawała ją strasznym przerażeniem i gryzła w sumienie. I tak oto jeden chuderlawy Ślizgonek zniszczył jej całą przerwę świąteczną. Ciekawe, czy w ogóle miał wyrzuty sumienia.
– Rosie, możesz podać mi sos? – poprosiła ciotka Ginny, wyrywając Rose z ponurych myśli. Dziewczyna wychyliła się, trzymając sosjerkę i niefortunnie wywróciła na siebie dzbanek soku dyniowego, trącając go łokciem.
– Ojej! – zawołała babcia Molly, a ojciec zaklął.
– Galopujące gorgony – wymamrotała Rose, oglądając swój teraz pomarańczowy sweter.
– Idź się przebierz, a ja to szybko wyczyszczę – zaproponowała ciotka, a dziewczyna skinęła tylko głową.
Szybko dopadła drzwi swojej sypialni i wciągnęła na siebie losową bluzkę. Kiedy oddawała ciotce sweter, ta dziwnie się uśmiechnęła i rzuciła:
– Lepiej zmień tę koszulkę, zanim pokażesz się tacie.
Rose szybko na siebie spojrzała. Zaklęła. Czy to jakieś fatum, że mając dziesiątki koszulek, wylosowała akurat tę z napisem „Future Mrs Malfoy”? Ciotka miała rację, że powinna ją zmienić. Tata nie miał pojęcia, że w ogóle ma coś takiego. Nie słyszał tej historii. Wykazywał się wystarczającą tolerancją, akceptując przyjaźń jego dzieci z kimś, w kim płynęła krew Dracona. Może gdyby Rose nie musiała pakować się w pośpiechu, wcale nie wzięłaby ze sobą akurat TEJ koszulki? Co tam „może” – na pewno by jej nie wzięła. Z wściekłością zaczęła wspinać się po schodach, kiedy rozbrzmiał dzwonek do drzwi.
– Rose?! – zawołał tata z głębi domu. – Możesz otworzyć?
Wydała z siebie cichy warkot, który miał wyrażać złość i frustrację, ale podreptała z powrotem i szarpnęła za klamkę.
– Ładna koszulka, Weasley.
Zamurowało ją. Scorpius Malfoy stał na progu drzwi Nory, opatulony w szalik Gryffindoru i szeroko uśmiechnięty. Najwyraźniej jeszcze go za ten szalik nie wydziedziczono. We włosach lśniły mu płatki śniegu, a nos i policzki miał zaróżowione. Wyglądał, jakby się urwał z reklamy płynu po goleniu.
– Co ty tu robisz? – zapytała, ignorując uwagę i starając się ukryć szok.
– Nie zdążyłem pożegnać się na stacji – westchnął. – Straciłem cię z oczu. Więc przyszedłem nadrobić. Mogę wejść?
– Jak chcesz się pożegnać, to nie musisz do tego wchodzić – oświeciła go, ale mimo to otworzyła drzwi szerzej i Malfoy przekroczył próg Nory.
– Słuchaj, nie chcę się narzucać, nawet nie mam dla ciebie prezentu – wyznał, przeczesując włosy – ale chciałem spędzić ten dzień z tobą, zanim jutro będę się musiał użerać z dziadkiem i ojcem.
– Niby dlaczego nagle chcesz mojego towarzystwa? – odparowała Rose, nie mogąc ugryźć się w język.
– Kto przyszedł?! – zawołał tata, ale zignorowała to pytanie.
– Nie jesteś czasem wściekły za zrujnowanie występu? – Uniosła brew.
– Jestem. I to cholernie wściekły – przyznał, potakując głową. Rose wstrzymała oddech. – Ale musiałem przyjść. Bo te święta są gorzkie bez mojej Gryfonki.
Rose poczuła, że robi się czerwona, ale wszystkie uczucia szybko musiały ustąpić strachowi, kiedy usłyszała kroki taty w korytarzu.
– Rose? Z kim rozmawiasz?
Ich twarze zbladły pod wpływem dziwnej mieszanki przerażenia i paniki. Zapowiadało się na ciekawe spotkanie.
– Wesołych Świąt, Rose – wyszeptał Scorpius.


Say something
Wieczorem dwudziestego czwartego grudnia Adam zwykle zasiada za fortepianem i wszyscy biją brawo.
Wieczorem dwudziestego czwartego grudnia dwa tysiące piętnastego roku Adam zasiada za fortepianem, ale pokój jest pusty, więc nie ma nikogo, kto mógłby go zachęcić do grania. Nie przejmuje się tym za bardzo. Lepiej gra się w ciszy.
Dwudziestego czwartego grudnia Adam gra kolędy. Zaczyna od Gdy śliczna panna, bo to ulubiona kolęda Małgorzaty, potem Lulajże Jezuniu, którym zachwyca się mama, i kończy na Przybieżeli do Betlejem, bo wprawia wszystkich w radosny nastrój i każdy może śpiewać.
 Dwudziestego czwartego grudnia dwa tysiące piętnastego roku Adam nie gra kolęd. Zaczyna od Requiem d-moll, mszy żałobnej, którą zaczął pisać Mozart, ale przerwała mu śmierć. Ostatnia, niedokończona kompozycja. Jak ich ostatnia, niedokończona rozmowa.
 Dwudziestego czwartego grudnia dwa tysiące piętnastego roku Adam nie dokańcza Requiem, ponieważ przerywa na ósmym takcie. Tak, jak Mozart. Ten ósmy takt jest jak „Gośka, gdzie ty, do cholery, idziesz?” w wykonaniu Mozarta.
Dwudziestego czwartego grudnia dwa tysiące piętnastego roku Adam powoli zaczyna grać od nowa. Wybiera Say something. Utwór jest prosty, niewymagający, ale Adam wkłada w niego całą duszę i powoli się zatraca. Zamyka oczy i pozwala palcom samym odnaleźć klawisze. Nuty jedna po drugiej powoli rozbrzmiewają z całą mocą, o wiele głośniej niż poprzedni utwór. I czuje je w kościach, czuje, jak wżynają mu się w mózg, wżerają w duszę, więc zaciska oczy mocniej. Chce zagłuszyć ból i chce zagłuszyć wspomnienia.
Dwudziestego czwartego grudnia wszyscy są zachwyceni, kiedy Adam gra coraz to weselsze i coraz to bardziej fikuśne kolędy. Biją brawo przy każdym mocniejszym takcie i chętnie śpiewają. Ale tylko pierwsze zwrotki, bo nikt nie zna dalszego tekstu.
Dwudziestego czwartego grudnia dwa tysiące piętnastego roku nikt nie śpiewa do Say something. Dlatego te dźwięki tak bardzo bolą. Nic ich nie zagłusza i idealnie trafiają w jego mózg.
Dwudziestego czwartego grudnia Adam kończy po godzinie. Bolą go palce, a weseli zebrani pozdzierali sobie gardła. Wszyscy wychodzą w dobrych humorach, tylko Małgorzata zostaje w sali. Siada na krześle niedaleko i nasłuchuje, bo Adam znów zaczyna grać. Mimo bólu i mimo że wyczerpał repertuar kolęd na cały rok. Rozbrzmiewa Say something. Adam delikatnie zerka na Małgorzatę, trochę wstydzi się grać, kiedy nikt go nie zagłusza. Ona po prostu siedzi, wsłuchując się w każdy dźwięk. Wzrok ma skupiony tylko na nim. Następnego dnia nie wlepiała wzroku w niego, tylko w okno, bo unikała jego oczu. Ale ten jeden, ostatni raz, cieszą się chwilą. Adam trochę skrępowany, Małgorzata zaczarowana. Gra tylko dla niej i tylko dlatego, że ona tego chce.
Dwudziestego czwartego grudnia dwa tysiące piętnastego roku Małgorzaty nie ma na krześle, ale mimo to gra dla niej, łapiąc się, że uderza mocniej w klawisze w tych samych momentach, w których ona wrzucała do torby swoje ubrania. Adam nie krzyczy. Nie płacze. Nie tak, jak wtedy. Teraz tylko uderza. Raz na razem, coraz mocniej, jakby chciał przebić się razem z klawiszem do wnętrza ziemi.
Dwudziestego czwartego grudnia Adam dokładnie wie, gdzie jest Małgorzata. Śpi tuż przy jego boku, a on czuje jej miarowy oddech na swojej skórze. I Adam może myśleć o tym, jakie ma szczęście, że Małgorzata jest akurat tutaj, o tym, że właśnie znalazł swoje miejsce na ziemi i że jest szczęśliwy. Zamiast tego, Adam myśli o tym, że Małgorzata za bardzo się rozpycha.
Dwudziestego czwartego grudnia dwa tysiące piętnastego roku Adam nie ma pojęcia, gdzie jest Małgorzata. Nikt nie ma pojęcia. I teraz Adam myśli o tym, że chciałby mieć ją przy sobie i że chciałby znów wiedzieć, gdzie jest jego miejsce i że chciałby ją ochronić. Nawet jeśli czasem trochę się rozpychała.
Dwudziestego czwartego grudnia dwa tysiące piętnastego roku Adam tęskni. Za jej spojrzeniem, za jej głosem i za jej obecnością. Próbuje nie słyszeć w swojej głowie, co mówiła w dniu, w którym ostatni raz wyszła.
Dwudziestego czwartego grudnia dwa tysiące piętnastego roku Adam stara się nie pamiętać, że przecież wcale go nie kocha. Nie kochała.
Chce po prostu grać. Nie chce słyszeć trzasków drzwi i nie chce widzieć przez szybę, jak odchodzi w deszczu. Choć to tylko wspomnienie. Nie chce myśleć o tym, że ma już jej nigdy nie zobaczyć i nie chce myśleć o tym, co mogło się stać.
Nie chce też myśleć o tym, że nigdy nie dowie się, co naprawdę się stało.
Ani że stracił ją na własne życzenie.
Chce po prostu grać, aż opadnie z sił, a potem zacznie płakać, bo tylko w ten sposób jest w stanie ja przeprosić.
– Małgorzato – mówi, kiedy w końcu otwiera oczy – Wesołych Świąt.
Dwudziestego czwartego grudnia dwa tysiące piętnastego roku Adam opada na klawiaturę, a zamiast Say something w sali rozbrzmiewa już tylko donośny szloch.



Bożonarodzeniowy drób
Mam na imię Andy, mam szesnaście lat i od kilku lat spędzam święta, skopując tyłki potworom.
Nie żeby to było moje wymarzone zajęcie na bożonarodzeniowe popołudnie. Serio, mam lepsze rzeczy do roboty, chociaż w tym momencie wolę walczyć z potworami niż sprzątać łazienkę mojego brata w Lower East Side. To taki mój prezent na Gwiazdkę – „Cześć! Wesołych Świąt! W nagrodę możesz mi wymyć kibel!”. Nie wiem, czy mój brat kiedykolwiek sam sprząta swoją toaletę, dlatego możecie sobie wyobrazić, dlaczego wolałam walczyć z dwiema syrenami.
Steve (czyli właśnie mój brat) jest serio spoko. Może tylko nie do końca radzi sobie z wychowaniem nadpobudliwej, nieogarniętej córki bogini Chloris. Chociaż „bogini” to według niektórych trochę za duże słowo, bo kobieta jest tak pomniejsza, że w Obozie Herosów na początku przywitało mnie zdziwienie, że ktoś taki istnieje. Przez kilka pierwszy dni paru wyrostków z domku Aresa chciało mnie wywalić, twierdząc, że żaden ze mnie heros. Bo wiecie, Chloris to taka trochę Demeter, tylko w wersji made in China. Niektórzy lubią podważać nie tylko jej istnienie, ale też statut bogini. Matka jednak utrzymuje, że, istotnie, istnieje, a ponadto jest nimfą i boginią kwiatów i wiosny, jednocześnie zaprzeczając swoim związkom z horami.
Domyśliliście się już pewnie kilku rzeczy. Po pierwsze, jako córka podrzędnej bogini nie za bardzo przyciągam potwory. Sama ich szukam. Jak mówiłam, brat to serio spoko facet i naprawdę się o mnie martwi, ale wiem, że jest skrępowany w mojej obecności. Dlatego to jest moja wymówka. Może prowadzić swoje życie studenta-hipisa i żyć wśród pudełek po pizzy i brudnych skarpetek. Żaden nieogarnięty półbóg mu w tym nie przeszkadza. Zresztą, święta z nim i tak ograniczają się do jedzenia spaghetti ze słoika i oglądania Grincha z kasety. Lubię to (oprócz tego sprzątania kibla), ale jeszcze bardziej lubię się bić. Jestem w tym naprawdę dobra. Wiecie, musiałam udowodnić sobie, że jako córka bogini od kwiatków nadaję się do czegoś więcej niż nawożenie truskawek. W czym zresztą lepsze ode mnie są dzieci Demeter.
Tak więc nie wahałam się ani chwili, kiedy w Central Parku zobaczyłam dwa wielkie sępy. Na moim terenie?! W Boże Narodzenie?! Szybko ściągnęłam moją kurtkę motocyklową (zajumałam bratu) i wyciągnęłam miecz. To jest, nie każdy w Nowym Jorku nosi miecz pod kurtką. Ja swój trzymam w takiej torbie na rakiety tenisowe. (Też zajumałam bratu, on już nie potrzebuje).
Skoczyła mi adrenalina, od razu zrobiło się milej i nawet śnieg pod stopami nie utrudniał mi biegu, kiedy… zobaczyłam, że ktoś już zajmuje się moimi potworami. W przypływie złości chciałam cisnąć Szpadlem (to mój miecz) o ziemię, ale powstrzymałam się i jakby nigdy nic zaatakowałam drugiego kurczaka.
– Co ty tu robisz?! – zawołałam, sapiąc, do tego gościa, co mnie wygryzł ze zlecenia i cudem uniknęłam ciosu w twarz, schylając się w ostatniej chwili.
– Podlewam pelargonie! – odkrzyknął intruz, konfrontując klingę z pazurem sępa.
– Bardzo śmieszne!
Szybki unik, dwa ciosy wycelowane w pierś i pudło. Błyskawiczny wdech i wydech i od nowa. Zauważyłam, że gość się uśmiecha.
– Lepiej powiedz – wykrzyczał pod wiatr po jakimś czasie – co ty tu robisz! Skończył się pudding w domu?!
– Ktoś mi podlał wszystkie kwiatki, zaczęłam się nudzić! – odparowałam jednocześnie i jemu, i łapę przerośniętej kuropatwy. Wielkie oczy nawet przecież ładnej kobiety wlepiały się we mnie, wytrzeszczone do granic możliwości. Czułam krew buzującą w żyłach, wiatr smagający twarz i adrenalinę. Oblizałam spierzchnięte usta, wyskoczyłam w powietrze i ostatecznym ruchem przecięłam niemal na pół wielkiego kurczaka. Rozpadł się w proszek. Sekundę potem mój nowy kolega zrobił to samo ze swoją sztuką drobiu.
– Całkiem, całkiem – pochwalił mnie, opierając się o swoją włócznię.
– Ty też sobie radzisz – skomplementowałam, wycierając Szatański Szpadel w nogawkę dżinsów. Jego opinia bardzo mi schlebiała.
– Arthur – przedstawił się, wyciągając rękę. – Syn Ateny.
Jakim cudem nie kojarzyłam go z Obozu?
– Andy, córka Chloris. – Uścisnęłam mu dłoń.
– Chloris… – zastanowił się, a ja westchnęłam. – Ta od kwiatków?
– Brawo – pochwaliłam go. – Trafiłeś. Ta od kwiatków.
Uśmiechnął się.
– No to co tu robisz? – zapytał mnie, składając włócznię na pół.
– No jak widzisz – wskazałam ręką na otaczający nas śnieg – nie ma zbyt wielu kwiatków do pielęgnacji o tej porze.
– Więc wyszłaś ubić kilka sępów? – podsunął z uśmiechem. Jego włócznia po złożeniu idealnie mieściła się w kieszeni workowatych spodni.
– Nie mogłam pozwolić, żeby mi się jakieś kurczaki panoszyły po moim parku.
– Nie w Boże Narodzenie – dopowiedział. Przytaknęłam i podniosłam kurtkę z ziemi. Adrenalina opadła, a ja zaczęłam odczuwać chłód. Boleśnie.
– No to… – zagadnęłam, starając się podtrzymać rozmowę. – Czemu nigdy nie widziałam cię w Obozie?
Zamyślił się i minęła chwila, zanim doczekałam się odpowiedzi.
– Nie bardzo mnie tam lubią. – Wzruszył ramionami. – Z wzajemnością.
Skinęłam głową, chociaż nie miałam pojęcia, o czym mówi.
– To co? Teraz pewnie wracasz do domu – spytał z dziwnym uśmiechem. – Musisz jeszcze zjeść pudding, co?
– Masz na myśli spaghetti ze słoika? – zaśmiałam się. – Brat i jego kumple sobie z nim poradzą, nie potrzebują mnie do tego.
– No to może zjesz kolację ze mną? – zapytał, wykrzywiając się nieco, chyba w niezręcznym uśmiechu. – Nie mam co prawda spaghetti z puszki, ale znam niezłą budę z kurczakami, co bardziej odpowiada klimatowi, no i mogę ci pokazać zaczepistą choinkę. Miło będzie mieć kompana.
Uśmiechnęłam się, schowałam Szpadel do torby i pozwoliłam się poprowadzić. Musieliśmy jechać metrem, które było wyjątkowo śmierdzące i w ogóle nie panował w nim świąteczny nastrój, ale nie narzekałam. Po wyjściu skorzystałam z budki telefonicznej, dając bratu znać, że żyję, ale nie wrócę szybko. Było już za ciemno na iryfon. Steve raczej się nie przejął, chyba że zatroskanie okazuje się, mówiąc „Aha”.
Buda z kurczakami serio musiała być porządna, bo kolejka ciągnęła się na dobre kilkaset metrów, mimo że miejsce wyglądało raczej obskurnie i niezbyt zachęcało. Nie spodziewałam się lokalu spełniającego jakiekolwiek wymogi sanitarne.
– Powiedz mi coś o sobie – poprosiłam, próbując uczynić wizję stania w tej kolejce trochę mniej dobijającą.
– Mam na imię Arthur, tydzień temu skończyłem siedemnaście lat, dla sportu czytam mitologię grecką, a żeby było trudniej, za każdym razem w innym języku. Jak mi się kończą języki, to zabiłam kurczaki w Central Parku z miłymi dziewczynami. – Posłał mi uśmiech.
– W jakich językach już przeczytałeś? – zainteresowałam się, puszczając uwagę o dziewczynach mimo uszu.
– W kilku – odpowiedział wymijająco. – Twoja kolej. Coś o sobie. Start.
Zawahałam się, ale odpowiedziałam. Opowiadałam dobre kilka(dziesiąt) minut: jak chodziłam w młodości na balet, ale szybko to rzuciłam, jak mnie wyrzucili z ostatniej szkoły (kompletnie niezasłużenie), jak odkryłam, że kwiatki mnie lubią, jak zawsze zimą dostawałam alergii, jak na brata spadła odpowiedzialność za mnie. No i o Stevie, jak sobie ze mną nie radził, jak się droczyliśmy, jak musiał chodzić na wywiadówki, jak zabierał mnie na strzelnicę, jak odstawił trawę i jak został hipisem (niekoniecznie w tej kolejności). Potem o Obozie Herosów: jak mnie tam przyjęli, mimo że początkowo nie wszystkim się podobałam, o tym, jak poprowadziłam dzieciaki Demeter do zwycięstwa w Bitwie o Sztandar (początkowo tylko oni mnie chcieli w drużynie) i jak wtedy skoczył mój status społeczny, jak sama wybudowałam sobie domek, mimo że kilkoro grupowych proponowało mi pomoc, a nawet mieszkanie. Następnie zaczęłam opowiadać też o tym, jak spotkałam matkę i jak się z nią pokłóciłam (wcale nie chciała mnie spotykać, to był przypadek), i jak rzuciła na mnie klątwę, wobec czego Chejron odmówił mi misji. Chciałam nawet opowiedzieć mu o tacie, ale właśnie wtedy przyszła nasza kolej na zamawianie. Wziął jednego kurczaka dla nas dwojga, a kieszeń napchał sobie serwetkami.
– Chodź, czas na choinkę – przypomniał mi, a ja się uśmiechnęłam.
Zaprowadził mnie… pod Rockefeller Center. Kiedy dotarło do mnie, dokąd idziemy, wybuchłam śmiechem. No tak. Gdzie indziej można zobaczyć zaczepistą choinkę?
Dookoła tłoczyły się miliony turystów, lampki na drzewie świeciły mocniej niż gwiazdy w Ohio, a do naszych uszu dobiegały tysiące śmiechów i dźwięków, jakie wydają aparaty, gdy się robi zdjęcie. Było mi zimno i trochę się trzęsłam, ale miło było stać tuż pod ogromnym drzewem, będąc co chwilę potrącanym przez obcych ludzi, i jeść palcami pieczonego kurczaka.
– Chcesz kurtkę? – spytał Arthur, gdy moje trzęsawki przeniosły się na brodę. Skinęłam nieznacznie głową, trochę mając nadzieję, że to zauważy, a trochę, że nie. Tak czy siak, zarejestrował ruch i okrył mi ramiona czymś mega puchowym i milusim. Sam został w bluzie. Poczułam się zobowiązana i oddałam mu moją motorówkę, a on zaśmiał się i założył kurtkę. Była na mnie trochę za dużą, więc na nim leżała jak ulał.
W sumie był całkiem przystojny. Dopiero przy świetle lampek choinkowych naprawdę zwróciłam na to uwagę. Miał ciemne włosy i niebieskie oczy, co, jak mi się zdawało, było rzadko spotykane, tym bardziej u ateniątek. Twarz zdobił mu drobny zarost. Musiał nie golić się od jakiegoś czasu. Garbił się, więc miałam ochotę trzepnąć go w plecy, żeby się wyprostował, ale tego nie zrobiłam.
– Okej, teraz twoja kolej – przypomniałam. – Coś o tobie. Ale niech to będzie coś, czego nikt nie wie.
Wytarł dłoń w serwetkę i zastanowił się.
– Jak miałem osiem lat, próbowałem zemścić się za coś na siostrze i wsadziłem jej dżdżownicę do kanapki.
– Tylko tyle? – zdziwiłam się, ale Arthur tylko wzruszył ramionami. Rozczarował mnie.
– Twoja kolej. Coś, czego nikt nie wie.
– Tak naprawdę mam na imię Andrea – zaczęłam, oszukując system, bo mój brat oczywiście o tym wiedział. – Mama wymyśliła to imię, bo pochodzi od „andreas”, czyli „męski”, „taki, jak mężczyzna”. Miało mi to pomóc łoić tyłki potworom.
– I chyba zadziałało – powiedział, wręczając mi serwetkę. – Wiesz, nie każda córka nimfy od kwiatków nosi miecz w torbie do tenisa.
Zaśmiałam się.
– Mnie nazwali na część króla Artura – przyznał.
– Jak na syna Ateny przystało. – Dałam mu sójkę w bok. – Szkoda tylko, że Excalibur wymieniłeś na patyk, który się mieści w kieszeni.
Teraz on się zaśmiał.
– Ej, przyjdziemy tu też jutro? – wyrwało mi się po chwili, a Arthur potaknął.
Ale tak naprawdę nie przyszliśmy. Po prostu zostaliśmy pod tą choinką aż do rana, rozmawiając i śmiejąc się prawie całą noc. To było cholernie miłe. O wiele lepsze od sprzątania kibla Steve’a.
– Wesołych Świąt, Andy – obudził mnie rano głos tuż przy moim uchu. Uśmiechnęłam się, czując, że całą noc jakiś ktoś pieczołowicie dbał, żebym nie dostała hipotermii, zwyczajnie mnie przytulając. Dawno nikt mnie nie przytulał.
– Wesołych Świąt, Arthur – odpowiedziałam, wtulając się mocniej.



Karton
Święta, Święta i po. A po całej tej zabawie trzeba posprzątać.
Mary westchnęła. Stos brudnych naczyń w kuchni wcale nie wyglądał zachęcająco, nawet jeśli zmywaniu miało towarzyszyć Let it snow w wykonaniu Deana Martina. Chcąc, nie chcąc, chwyciła płyn do naczyń, podśpiewując co nieco. Góra talerzy stopniowo się roztapiała, aż do chwili, gdy mama nakazała jej przerwać pracę i wynieść pudło z dekoracjami na strych. Chciała zostawić tylko choinkę, ponieważ resztę świecidełek uważała już za zbędną. Po drodze Mary postanowiła wynieść swoje stare pudła z zabawkami, które od dawna zalegały w szafie. Było ich kilka, ale zgrabnie ułożona wieża miała pozwolić jej wynieść je wszystkie bez problemu.
Prawie jej się udało. Szkoda tylko, że potknęła się o próg w drzwiach i wszystkie pudła wypadły jej z rąk. Zaczęła je pospiesznie zbierać. Przy okazji znalazła kilka zdjęć, starych klasówek i niegdyś swojego ulubionego pluszaka w kształcie ryby. Jak się nazywał ten gatunek? Ach, tak. Błazenek. Ciekawe, czy był zabawny… W jej wyobraźni pewnie tak. Przytuliła rybkę i obiecała sobie ją wyprać. Już wiedziała, gdzie od teraz będzie leżeć. Na pewno nie w kartonie.
Zaczęła szperać dalej. Karton skrywał więcej niespodzianek i szybko natrafiła na mały kowbojski kapelusz między wszelakimi kartkami. Przyjrzała mu się uważnie. Był przybrudzony, ale mimo to wciąż czerwonawy. Nie mogła sobie przypomnieć, skąd go miała. Taki mały… Może należał do jakiejś lalki? Zaczęła kopać głębiej, ale nic nie znalazła. Wyrzuciła zawartość kartonu na podłogę. Powypadały tylko jakieś kartki. Stare listy do Mikołaja, laurki, kartkówki. O, piątka z matematyki. Kiedy to było…
Chwyciła drugi karton i wsadziła rękę po łokieć. Jej palce wyczuły włóczkę. Szybko ją wyciągnęła i zobaczyła szmacianą lalkę. Kowbojkę. Pewnie właścicielkę kapelusza. Nałożyła jej go na głowę i przyjrzała się uważnie zabawce. Pamiętała ją. Wytarła rękawem jej zakurzoną twarz i patrząc w błyszczące teraz oczy, przypomniała sobie jej imię. Jessie. Uśmiechnęła się, kiedy zalała ją fala wspomnień, łącznie z oglądaniem starej, czarno-białej kreskówki z kasety. Ach, to były czasy. Mary postanowiła, że Jessie też nigdy więcej nie wróci do kartonu.
Szybko zaniosła dwie odnalezione zguby z powrotem do swojego pokoju i posadziła na półce nad biurkiem. Lalka musiała oprzeć się o książkę i trochę przekrzywił jej się kapelusz. Mary jeszcze raz spojrzała na pamiątki i znów się uśmiechnęła. Czy to możliwe, że uśmiech Jessie też zrobił się trochę weselszy?
Wróciła do bałaganu, który zostawiła na progu. Zaczęła zbierać kartki. Miała wrażenie, że było ich tam całe morze  – duże, małe, kolorowe, białe, szare, listy, koperty, dokumenty. Znalazła nawet kilka swoich starych rysunków. Niektóre przedstawiały dom, niektóre psy, niektóre ją i jej rodzinę. Na kilku najstarszych znalazła też dziwnego, fioletowego stworka z wyszczerzonymi kłami. Pewnie kiedyś bała się go okropnie. Dwa z nich podpisała koślawymi literami „MARY”. „R” było odwrócone. Uznała te rysunki za ciekawą pamiątkę, ale mimo to wrzuciła z powrotem do kartonu. W końcu nie będzie przechowywać każdego szpargału.
I wtedy chwyciła następny stos papieru. Kilkadziesiąt luźnych kartek, a na każdej rysunek niebieskiej kuli z nogami i rękami. Miała też rogi i fioletowe kropki na brzuchu. Czasem kulka trzymała za rękę małą dziewczynkę, czasem stała w szafie, a czasem obok mniejszej, zielonej kulki. Raz nawet biła się z fioletowym stworkiem z wcześniejszych rysunków.
Poczuła łzy napływające do oczu, więc zaczęła szybko mrugać. Tym razem nie musiała zastanawiać się, co to jest. Natychmiast zalały ją wspomnienia. Wiele z nich już się zatarło, na przykład nie mogła sobie przypomnieć, co u licha robiła w fabryce drzwi albo czemu nosiła obicie z fotela. Inne zdarzenia pamiętała jednak wyraźnie: jak rodzice zastanawiali się, kim jest Mike Wazowski, o którym ich córka ciągle mówi, jak codziennie szukała czegoś – czy też raczej kogoś – w szafie i jak co wieczór czekała, aż się zjawi.
Kotek.
Wciąż wpatrywała się w niedowierzaniem w kartki i zastanawiała się, jak to właściwie się stało, że zapomniała o tym wspaniałym czasie u boku przyjaciela.
Jak twierdziła mama – zmyślonego przyjaciela.
Ale przecież on tam był. Namacalny. Wciąż pamiętała, jakie to uczucie, kiedy jego futro łaskotało ją w brodę. A jednak o nim zapomniała. Kiedy właściwie przestała na niego czekać? Kiedy zaakceptowała fakt, że takie stwory nie istnieją? Kiedy… dorosła?
Łzy płynęły jej po policzkach. Czuła dziwną pustkę w brzuchu i ciężar w sercu. Tęskniła. Nie pamiętała nawet, kiedy ostatni raz go widziała. Czy mówił jej, że już więcej nie przyjdzie? I kiedy szafa stała się po prostu szafą?
Kotek. Pamiętała, że mówił o niej „Bu”, nawet wtedy, gdy była już na tyle duża, żeby powiedzieć, że nazywa się inaczej. Pamiętała też ten jeden raz, kiedy odwiedziła ją zielona kulka – Mike Wazowski. Uśmiechnęła się na to wspomnienie.
Miała gęsią skórkę, więc zaczęła pocierać dłonią przedramię. Czy temperatura w domu nagle spadła o dziesięć stopni?
Och, pamiętała też, kiedy Kotek odwiedził ją podczas Świąt i bardzo chciała pokazać mu choinkę, ale bał się wyjść z pokoju. Sprawił jej wtedy wielką przykrość, dlatego następnego dnia przyniósł jej prezent – rysunek przedstawiający dużego, włochatego, niebieskiego potwora przytulającego małą dziewczynkę, z której głowy sterczały dwie kitki.
Mary szybko zaczęła kopać w papierach i znalazła właściwą kolorową kartkę. Nie zapamiętała tego, ale na dole widniał podpis. I data. Zdecydowanie była wtedy za mała, żeby tak pisać i tak rysować.
Czyżby Kotek był jednak kimś więcej niż tylko zmyślonym przyjacielem?
Otarła łzy, przytuliła kartkę i wrzuciła szybko resztę klamotów do kartonu. Z prędkością błyskawicy wpadła do swojego pokoju i chwyciła taśmę klejącą. Kilkoma szybkimi ruchami przykleiła rysunek do drzwi szafy. Tych samych, które niegdyś były jej łącznikiem z zupełnie innym światem.
Tych samych, przez które wciąż często wychylała wielka, niebieska głowa, żeby popatrzeć na dużo już większą Bu, dopóki jeszcze mieszkała w tym miejscu. Pewnego dnia głowa zobaczy przyklejony do szafy rysunek, a wtedy jej oczy zajdą łzami, bo sama też ciągle nosiła przy sobie stary rysunek przedstawiający potwora i dziewczynkę
Ale Mary nie mogła o tym wiedzieć.


Na koniec chciałam życzyć Wam wesołych Świąt i przekazać, że te opka mają łącznie dwanaście stron :). Nic się nie dzieje przypadkiem, to totalnie zaaranżowana akcja!
Szczęśliwego Nowego Roku!

9 komentarzy :

  1. Whoa. Jestem pod wrażeniem :3 moim faworytem jest zdecydowanie numer 3- cudo! Następnie numer 2 ujmujące, mimo ze bardzo smutne :( całość bardzo bardzo miło się czytało, potraktuję to jako prezent świąteczny dla wszystkich twoich czytelników c: ps. czekając na nowości zdążyłam kilka razy przeczytać resztę tekstów ;') uwielbiam so nich wracać <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Czwarty tekst kompletnie złamał mi serce. Chociaż przy Say Something także byłam na skraju załamania. To piękne i smutne jednocześnie. A najśmieszniej było, gdy mama wparowała mi do pokoju.
    -Karolinko, co się stało? Czemu płaczesz?
    -No bo... Adam... Małgorzata... Sally... Ona zapomniała o Sally'm... Potrzebuję samotności, mamo.
    Ale Bożonarodzeniowy Drób także wyszedł genialnie ♥ Nigdy nie widziałam sensu w komentowaniu Twoich postów, bo zawsze były tak niesamowicie idealne, że nie miałam nic do dodania XD

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow, jakie zajebiste.

    OdpowiedzUsuń
  4. Uuuuu, świetne opka *-*
    Najbardziej spodobał mi się.... kurcze, nie umiem wybrać >u<"
    To skomentuję wszystkie osobno ^^

    "Bo te święta są gorzkie"
    Totalnie nie zrozumiałam o co chodzi. Dopiero pod koniec załapałam x'D
    Nie przepadam za Malfoy'em i wszystkim, co z nim związane, ale te opowiadanie wyszło takie kawaii, że muszę wybaczyć.... *w*
    Ciekawi mnie tylko reakcja pana Pottera.... ^_^
    A cały tekst ma w sobie tyle świątecznej aury, że czuję jakbym miała paczkę cynamonu rozsypaną na biurku :D

    "Say something"
    Znowu aura świąt. Strasznie smutne, ale nie wiem dokładnie kto tu zawinił - Adam czy Małgorzata...
    Pewnie Małgorzata, bo skoro go nie kochała...? :/

    "Bożonarodzeniowy drób"
    Rany, to jest takie słodkie *o*
    Ciekawi mnie, co ten Arthur przeskrobał, że go w Obozie nie chcą >_>"
    Chloris.... kojarzy mi się z chlorem, ale ok. ._."

    "Karton"
    Tu jest najmniej "cynamonu", ale to... takie.... o♥_♥o (Te "o" to łzy)
    Totalnie zakochałam się w tym, dodatkowo aluzja do "Toy Story" (czyżby Mary była siostrą Andy'ego? ^^) i "Nemo" ♥ (Aż zaczęłam czytać na ten temat. Ona faktycznie miała takie zabawki! @_@)

    Pozdrawiam, Alicjo i Tobie również szczęśliwego Nowego Roku! :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Zakochałam się w "Kartonie". Aż mi się przypomniało jak robiłam porządki w oudle z zabawkami i jak miałam zmyślonych przyjaciół w przedszkolu. :')
    "Say something" też cudowne. <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Dopiero teraz przeczytałam, może mi wybaczysz, a może nie </3
    Poryczałam się na czwartym, ojejku. Uwielbiam Twoje teksty :')

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że wybaczę :").
      Aaa, dziękuję. Twoje łzy sprawiają mi radość XD

      Usuń
  7. Ojejku, to ja się wypowiem dość krótko, bo emocje wzięły nade mną górę.
    Zacznijmy od tego, że powinnam to skomentować daaawno temu, ale znalazłam czas na przeczytanie dopiero (!) teraz, czego bardzo żałuję :(
    Wszystkie teksty są wspaniałe: zdecydowanie dwa pierwsze to moje ulubione. Są cudowne, naprawdę czuć ich klimat i po prostu... Są przepiękne.
    Następny w kolejce jest "Karton" - przy tym może nie chciało mi się płakać, ale także dobra robota :3 Nie mogę uwierzyć, że o nim zapomniała :(
    Najmniej przypadł mi do gustu tekst trzeci - wszytko jakoś tak mi się nie kleiło, nie wiem czemu xD Miałam wrażenie, że Arthur tak naprawdę jest zły, czy coś, dlatego nie lubią go w Obozie. Sama nie wiem, po prostu nie czułam tego "wow" jak przy pozostałych.
    Pozostaje mi tylko pogratulować pracy i błagać o inne teksty z Nowym Pokoleniem (czy to się pisze w ogóle z wielkiej litery? XD) <3
    /Endżi

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka